2:21:00 PM

39 faktów o mnie (1/2)

39 faktów o mnie (1/2)

Statystyki mówią, że lubicie, kiedy opowiadam o sobie. Nie interesują was me egzystencjalne problemy. Więc smacznego.

1:26:00 PM

Pechowy dzień jak co dzień

Pechowy dzień jak co dzień
Za godzinę rozpoczynającą personalny horror dnia poniedziałkowego uznaję godzinę piątą. Wybudzony rutynową melodią budzika. Ze snu, w którym piłem noworocznego szampana w gronie najpopularniejszych amerykańskich drag queen.
Spojrzałem na telefon z żywą nadzieją, że niespodziewany wzrost popularności pozwoli mi porzucić szkołę i kontynuować drzemkę w ciepłym łożu. Nic bardziej mylnego. Spis powiadomień nie wyświetlił żadnej propozycji zagrania w hollywoodzkiej produkcji czy nawet wybiegu w nowej kolekcji Victorii Secret.
Skoro świat zapomina o mnie - ja muszę pamiętać o nim. Błysk sztucznego światła żyrandola znacząco podrażnił moje niewyspane gałki oczne. Bose stopy stawiające pierwszy krok na chłodnym podłożu utwierdziły mnie w przekonaniu, że droga do toalety będzie prawdziwą katuszą. Pomimo komplikacji udało mi się dotrzeć do lustra. Lustra, w którym dostrzegłem trzy nowo narodzone pryszcze. W sposób prostacki i arogancki zagościły na prawym policzku.
Przegryzając oziębłą wargę, skosztowałem smaku krwi spękanych ust. Włosom podśpiewywałem litanie przeklinającą ich nieposkromiony żywot. Cera zemściła się rozszerzonymi porami za pomylenie kremu na noc. A waga łazienkowa zawstydziła mnie.
Właścicielka stancji niemalże spaliła mieszkanie. Mówiła, że często jej się tak zdarza przy hiszpańskich telenowelach. Ewakuowałem się.
Otwierając drzwi korytarzy, chciałem być miły dla grubej pani ustępując jej pierwszeństwa. A ona do mnie, że ja szmata, bo ''ona sama da sobie rade''. Więc zawróciłem i zamknąłem wejście.
Operator sieci komórkowej ograniczył mi dostęp do internetu bezpodstawnie. Chociaż gdy teraz tak nad tym rozmyślam to jednak podstawy chyba miał. Nie doładowywałem odpowiednią kwotą konta przez trzy miesiące. Ale pomijając ten fundamentalny fakt. Dlaczego akurat dzisiaj? Przeto nie miałem wstępu do sieciowej biblioteki muzycznej. Brak brzmienia wydobywającego się ze słuchawek rekompensowałem pretensjonalnym wzorkiem wobec przechodniów. Niektórzy nawet rewanżowali się.
W szkole pani mi mówi, że z matematyki jedynkę na semestr mam i że sprawdzian poprawić muszę. Z jednej strony było mi smutno, ale z drugiej brak minimalnej inteligencji nauk ścisłych utrzymywała się w tajemnicy przez dobry rok. Narzekać nie wypada.
Bezdomny napotkany na jednej z ulic starówki podszedł do mnie i zaczął opowiadać o swych żądzach wobec kobiet lekkich obyczajów tańczących na rurach znaków drogowych. Byłem na tyle kulturalny, że pozwoliłem mu dokończyć historie przed naszą rozłąką.
Po zajęciach lekcyjnych jedyną racjonalną koncepcją wydawało się skonsumowanie wysokokalorycznego jedzenia połączonego z dogłębnym snem.
Oczywiście w hipermarkecie pani kasjerka [po raz kolejny] musiała oskarżyć mnie o próbę kradzieży zupki w proszku za sześćdziesiąt siedem groszy. Aczkolwiek winną okazała się kasa fiskalna, która nie rozszyfrowała kodu kreskowego. Zamiast szlachetnego ''przepraszam'' usłyszałem wyburczane pod nosem: ''masz szczęście, że ochrony nie wezwałam''
Wraz z dotarciem pod blok mieszkalny przypuszczałem, że wszelkie komplikacje są już w zasadzie niemożliwe. A jednak.
Domofon, który był moim jedynym kluczem wstępu, przestał reagować na czterocyfrowy kod. Wadliwy pierwszy raz od podobno ośmiu lat.
Zasiadłem na ławie. Niczym kamień. Nonsensownie czekając na żywą duszę.
Nie wiem, co było dalej. Powtarzam - nie wiem. Może ktoś mnie wpuścił. Może to telekineza.
Następnego poranka zastałem wiadomość od matki z prymitywnym zarzutem o nieodebrane połączenie. Wywnioskowała zgon. Nie czułbym urazy, gdyby był to autentyczny zarzut.


12:23:00 PM

Blogi niczym dinozaury

Blogi niczym dinozaury
Sprawy blogosfery są sprawami, które omijam jak lekcje wychowania fizycznego we wtorkowy poranek. Tutejsza twórczość opiera się jedynie na wyrażaniu personalnego bólu egzystencjalnego. Więc niewykluczane jest, że nie wpisuję się w ukształtowany kanon ''wpływowego blogera 2045 roku''. Zresztą do owego tytułu nigdy nie dążyłem (chociaż jak ktoś chce mi dać jakąś statuetkę, to z chęcią sobie ją przyjmę)
Częstotliwość publikowania materiałów na tej stronie jest bardzo chaotyczna. Ci, którzy czytają mnie troszkę dłużej, zapewne przywykli do tego zdezorganizowania. Ci, którzy czytają mnie troszkę mniej, ślą wiadomości z zapytaniem o mój żywot. O to, czy on nadal trwa.
Ja natomiast odwiedzając bliskie mojemu sercu blogi - jedynie odwiedzam. Bowiem ostatnie zaktualizowanie, mocno kontrastujące z aktualną datą, sprowadza na myśl, że dana strona już raczej sobie zdechła.
A przyczyn, jak i usprawiedliwień, zapewne jest wiele. Ktoś może umarł lub stracił czucie w dłoniach lub traktował to jako nastoletnią infantylną zabawę.
Nie mniej jednak oszukiwać się nie ma co. Era internetowych pamiętników przemija. I być może brzmię jak staruszka o charakterystycznej ciasnocie rozumowania świata współczesnego. Afiszująca na prawo i lewo sentencje obrażające rozwój technologiczno-komunikacyjny. Darujcie mi.
Media społecznościowe wyparły blogi, sprawiając, że przestały być głównym meritum przekazu. Przeinaczyły je w rozgrywkę niskiego sortu (no bo dużo czytać trzeba, a to nic fajnego)  I dziwić się nie dziwię. Mamona, mamona, mamona.
Ale spokojnie, jeżeli chodzi o mnie to cenię się ponadczasowo, więc tworzyć będę nadal. Czekając na czerwony dywan i karierę.


12:53:00 PM

ART#5 IN THE PARADISE OF MY DEAD GRANDMAMMA

ART#5 IN THE PARADISE OF MY DEAD GRANDMAMMA




3:58:00 PM

Wegetarianin który nie je zdrowo

Wegetarianin który nie je zdrowo
Nie jem zdrowo. Nigdy nie jadłem zdrowo. I nigdy nie będę jeść zdrowo. Szydercze pytania pokroju "na śniadanie to ty kanapkę z sałatą pewnie masz'' nie wywołują u mnie fali agresji, jak to bywa u większości przedstawicieli diety roślinnej. Nie rzucam na prawo i lewo opowiadań, jakie to ja wspaniałe jedzenie potrafię zrobić z tofu czy soczewicy. Nie przesiaduję wielu godzin w kuchni, uśmiechnięty krojąc szparagi. Wegetarianizm nie odmienił moich wyborów konsumenckich, które nadal są bardzo ograniczone. Tak po prostu.
Inni krzyczą, że życie bez mięsa jest super fajne. Inni, że niedobory białka i szybka śmierć.
A ja? Jedzący pomidorową zupę rozpuszczalną, popijający niskokaloryczną colą, zagryzający wszystko czekoladowymi lodami zastanawiam się:o co tu chodzi?
Bo to już dwa lata bez produktów zwierzęcych. Nie czuję się nadzwyczajnie lepiej. Nie czuję się umierający na anemie. Więc póki badania nie wykażą wrogiego wyniku, na moim talerzu nie pojawi się żaden krwisty kawałek odkupionego cierpieniem stworzenia.
Czy ja już powinienem odkładać pieniądze na prywatnego lekarza?
Copyright © 2016 Tutaj jestem lekkomyślny , Blogger